Czego nauczyły mnie podróże?

 

Dużo osób ostatnio do mnie pisze – znajomi, którzy nie odzywali się od kilku lat, ludzie których ledwo znam z widzenia. Widzą zdjęcia z Włoch, z Sardynii i chcą wiedzieć. Pytają – czy dobrze się tutaj żyje? Czy lepiej niż w Polsce? Czy faktycznie cały czas świeci słońce? Czemu wyjechałam? Czemu podróżuję sama i czemu jestem sama? Czy tęsknię za domem? I kiedy wrócę do Polski? Wróciłam wczoraj. Więc teraz mogę odpowiedzieć na Wasze pytania.

Tak, we Włoszech żyło mi się dobrze. MNIE się żyło dobrze. Nie potrafię powiedzieć, czy żyje się tam dobrze. Pewnie nie wszystkim. Jest ciepło, ale nie cały czas. Mnie ten klimat odpowiadał. To nie raj na ziemi, słońce nie świeci cały rok (nie licząc Sardynii, która jest jakimś niesamowitym wybrykiem natury – słońce świeci 300 dni w roku). Żyło mi się dobrze, bo robiłam to, co lubię. Miałam możliwość podróżowania, poznawania nowych ludzi, doskonalenia swojego angielskiego, nauki włoskiego. Mogłam leżeć na plaży i chodzić po górach. Oczywiście, mogłam swoje problemy z Polski zabrać ze sobą i dalej narzekać. Ale zostawiłam je schowane w szafie na najniższej półce. Polecam!

Nikt mnie tam nie znał i dzięki temu nie słyszałam pytań typu kiedy wyjdziesz za mąż i ile będziesz mieć dzieci. Co mi się podobało we Włoszech – ludzie uważają, że mając 26 lat masz całkowite prawo do tego, żeby korzystać z życia, podróżować, nie być w stałym związku, nie planować rodziny. Według nich jestem za młoda. Alleluja.

Czy tęskniłam za domem? Każdy tęskni za domem. Nawet wyjeżdżając na weekend w Bieszczady możesz za nim tęsknić. Bardziej niż za domem tęskniłam za polskim latem – ciepłymi wieczorami spędzonymi przed domem, zimnym piwem, chłodnymi porankami, letnimi burzami. Za niedzielnymi popołudniami. Za widokiem dojrzałych zbóż i wiatrakami centralnej Polski. Za chmurami, które zwiastują burzę i pierwszymi błyskawicami. Za zupą pomidorową. Za polskimi górami. Okrutnie. Ale nie lubię ani polskiej zimy, ani deszczowej jesieni, ani niezdecydowanej wiosny. Więc za większością rzeczy nie tęskniłam. Nie tęskniłam za swoim łóżkiem, widokiem z okna ani ulubionym kubkiem. Nie jestem typem „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Potrafię się szybko przystosować do nowego miejsca.

I nie potrafię nikomu jeszcze odpowiedzieć na pytanie, co dalej. Nie wiem, co będę robić za kilka miesięcy. Nie wiem, gdzie będę mieszkać. Nie wiem, czy chcę wrócić do Włoch. Nie wiem, czy na tyle mi się tam podobało. Nie wiem. Zabawne, że 5 lat temu wszystko to wiedziałam, a dzisiaj nawet nie potrafię się zdecydować, czy wolę czarny top czy biały. Dorosłość tak bardzo.

No ale o czym chciałam jeszcze napisać? Czego nauczyło mnie podróżowanie po Włoszech? Bo nauczyło mnie kilku ważnych rzeczy:

  1. Oszczędności – coś, czego nauczyłam się już trochę wcześniej (kiedy zaczęłam sama na siebie zarabiać), a co udoskonaliłam we Włoszech. Lepiej te 200 zł wydać na tygodniowy wyjazd, niż na nowe buty. Tak, potrafię przeżyć tydzień za 200 zł. A buty? I tak nie zmieszczą mi się do plecaka. 300 zł na bilet lotniczy to dużo? A ile wydałeś na papierosy w tym miesiącu? Ważniejsze jest to, co możesz przeżyć niż to, co możesz mieć. Oklepane, ale takie prawdziwe.
  2. Luzu – po co mi makijaż? Ułożone włosy? Wyprasowany t-shirt? Nikt nie jest idealny.
  3. Otwartości – czy tego chcesz czy nie w obcym kraju musisz się otworzyć, rozmawiać z obcymi, pytać o drogę. Dzięki temu uczysz się nowego języka i doskonalisz ten, który już znasz!
  4. Sen nie jest niezbędny do życia – 6 godzin jest wystarczające. Lepiej obejrzeć zachód słońca nad morzem lub w górach. Tańczyć do północy lub czekać z aparatem na wschód słońca. Moja mama zawsze mówi: Wyśpisz się po śmierci. Będąc w Wenecji nie spałam 3 noce – wspomnienia zostaną do końca życia.
  5. Twoje racje to nie jedyne racje – nie musisz jechać na drugi koniec świata żeby się o tym przekonać, ale to zdecydowanie pomaga.
  6. Nie słuchać muzyki na mieście – w Polsce zawsze miałam słuchawki na uszach. Nie mając słuchawek częściej wdawałam się w rozmowy z obcymi, poznawałam nowych ludzi. Słuchawki zastąpiłam aparatem. Ale też z powodu bezpieczeństwa – to, że miałam czerwone światło nie znaczyło, że mogłam iść. To Włochy. Poza tym w wielu miejscach nie było pasów więc musiałam biec na drugą stronę na dziko.
  7. Twój kraj, Twoje miasto nie są najpiękniejsze – wierz mi. Żeby móc tak powiedzieć trzeba mieć porównanie.
  8. Nie narzekania na swój kraj – są miejsca, gdzie żyje się znacznie gorzej. Choćby mafia z rządzie włoskim i bezdomni mieszkający na ulicach Mediolanu. Trzeba to zobaczyć na własne oczy.
  9. Otwartości na świat – nawet teraz, po powrocie do Polski, będę zdecydowanie więcej podróżować. Gdziekolwiek nie postawię walizek na dłużej już zawsze będę wciąż szukać nowych, pięknych miejsc do odwiedzenia.
  10. Polubiłam dużo rzeczy, których wcześniej nie tolerowałam – przede wszystkim arbuza (który wcześniej był dla mnie tylko obrzydliwą, słodką wodą, a teraz nie potrafię bez niego żyć), kawę mieloną (pitą do śniadania, a nie jak wcześniej przed południem), awokado (mój boże, jakie to dobre), lody pistacjowe (innych już nie jem).

Tak więc po 3 miesiącach we Włoszech, kilogramach makaronu, pizzy, słodyczy, pieczywa i lodów, wróciłam! Wydaje mi się, jakby to było wczoraj, kiedy w ten deszczowy, kwietniowy dzień wsiadałam do samolotu do Bergamo. Z drugiej czuję, jakby to było 1000 lat temu – przed Wenecją, Ligurią, Piemontem i Sardynią. Tęskniłam za tą zielenią, zwłaszcza na suchej do granic możliwości Sardynii. Mimo że to tylko 3 miesiące czuję, że dużo się zmieniło. Przywiozłam ponad 1000 zdjęć, piasek w każdym bucie i torbie i głową pełną wspomnień, pomysłów i inspiracji do tego, jak żyć lepiej i piękniej!

„Granice? Nigdy żadnej nie widziałem, ale słyszałem, że istnieją w umysłach niektórych ludzi.”

Trzeba mieć dużo odwagi, żeby wyjechać naprawdę czyli o tym, jak wygląda praca Au pair

20170525_211704Ostatnie spojrzenie na Włochy kontynentalne

Większość z Was wie, że przyjechałam do Włoch pracować jako Au pair. Podróżować – to był mój główny cel. Ale, żeby go osiągnąć, musiałam zrobić coś jeszcze. Nie mogłam sobie pozwolić na mieszkanie we Włoszech bez pracy i spędzanie czasu tylko na podróżach. W grudniu 2016 znalazłam idealną rodzinę, rzuciłam pracę i 6 kwietnia byłam w samolocie do Italii! Jakie było moje zdziwienie, kiedy nie wszystko okazało się tak piękne, jak przypuszczałam. Tak, teraz smutna prawda o moim pobycie tutaj. Patrząc na zdjęcia myślicie pewnie, że jest różowo i wesoło. Jest, oczywiście! Ale nie zawsze…

Pierwszy kryzys miałam piątego dnia. Słońce poparzyło mi całe ręce (najwyraźniej nie byłam przygotowana do życie w klimacie śródziemnomorskim), jedno z dzieci, którymi miałam się opiekować spadło z drzewa (i obraziło się na mnie o to) i okazało się, że mamy z host mamą (delikatne to ujmując) dość radykalnie różne poglądy na życie i prowadzenie domu. Ale czy się poddałam? Nie! Napisałam do kolejnej rodziny, z którą byłam umówiona na 1 lipca i moja kolejna host mama utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam rację, a w tym domu coś nie działa dobrze (mimo że rodzice chcą, żeby działało perfekcyjnie). Bo kto, mając w domu dwójkę małych dzieci, wymaga, żeby wszystko było białe i czyste? Ode mnie tego wymagano. Od nich też, ale chyba byli do tego przyzwyczajeni. Albo po prostu nie znali innego życia.

Stwierdziłam więc, że wytrzymam. Może się dopasujemy. Poza tym to tylko 3 miesiące. Skupię się na nauce języka, w weekendy będę zwiedzać okolicę, a już niedługo pojadę na Sardynię, gdzie czeka na mnie normalna, według moich standardów, rodzina. BTW jak można codziennie wieczorem myć wszystkie powierzchnie płaskie? Chyba ktoś tutaj naczytał się Harry’ego Pottera i bierze przykład z Petunii Dursley…

Następnego dnia rano usiadłam w pustej, białej, sterylnie czystej kuchni i rozpłakałam się. To nie był mój dom. Ale powiedziałam sobie „Nie takim rzeczom dawałam radę, byłam sama już tyle razy i dałam radę!” A potem stwierdziłam „Przecież to tylko praca. Jak wszystkie inne. Dzieci mnie całkowicie ignorują? Więc niech robią co chcą. W końcu ojciec im pozwala. A ja się nie będę tym przejmować. Nie po to tu przyjechałam”.

A potem zaczęłam się przyzwyczajać. Spędziłam pierwszy weekend na podróżowaniu i wszystko stało się łatwiejsze. Ale dokładnie po 3 tygodniach przyszła pierwsza poważna kłótnia. Bo dałam dzieciom nie ten sok, co trzeba (?!) I wtedy powiedziałam basta. Potem spędziłam cudowny weekend na Wybrzeżu Liguryjskim, gdzie dużo myślałam o tym, że jestem tu przecież dla przyjemności. Nikt nie kazał mi przeprowadzić się do Włoch. To nie był żaden obowiązek. Tylko chęć podróżowania i zobaczenia tego pięknego kraju. Nie miałam zamiaru męczyć się ani dnia dłużej. Wróciłam do Bielli i postanowiłam przebookować bilet na Sardynię na wcześniejszy termin. Ale najwcześniejszym możliwym był… 25 maja! Dlaczego? Czemu zawsze pod górkę? Mimo wszystko zrobiłam to i dzisiaj jestem tutaj – na Szmaragdowym Wybrzeżu! To nie żadne szaleństwo – po prostu żadne plany tutaj nie przetrwają.

I tutaj chcę dodać, że bycie au pair to świetna sprawa. To nie tak, że piszę to wszystko, że Was straszyć, żeby nikt nie brał ze mnie przykładu i żeby na pewno nie przyjeżdżać do Włoch. To najlepsza możliwość poznania kultury jakiegoś kraju, podróży (nigdy nie będziecie w stanie odwiedzić tylu pięknych miejsc w tak krótkim czasie), nauczenia się nowego języka, poznania nowych ludzi z całego świata, zjedzenia ogromnych ilości niesamowicie dobrego jedzenia… Mogę wymieniać w nieskończoność! To też najlepsze lekarstwo na problemy, które w Polsce wydawały się olbrzymie, a tutaj są tylko smutnymi wspomnieniami… To ostatnie było dla mnie najważniejsze i się udało!

Nie żałuję więc tych 2 miesięcy w Piemoncie. Kolejna lekcja. A tych nigdy dosyć.

Rejs po Lagunie Weneckiej

20170521_101034

O ile pierwszego dnia Wenecja nie rozpieszczała pogodą, o tyle w niedzielę obudziło mnie słońce i 25 stopni ciepła. Szybko wsiadłam w pociąg w Mestre, gdzie nocowałam (polecam, ceny dużo niższe, niż w Wenecji, a miasto jest 10 minut i 1,25 euro od Wenecji) i na przeciwko dworca kupiłam bilet całodniowy na tramwaj wodny, którym dopłynęłam do Murano, Burano i Torcello.

20170521_103026

Murano. W 5 minut jestem na wyspie. Jeśli chcecie kupić coś z oryginalnego szkła weneckiego, to właśnie tutaj. Możecie się też załapać na darmowy pokaz w fabryce szkła, a z Murano Faro (stację poznacie po widocznej z daleka białej latarni morskiej) dopłyniecie do kolejnych wysp. Ja wybrałam kolorową wyspę – Burano.

20170521_10374520170521_10442620170521_11185520170521_121517

Burano. Jest dość daleko – płyniecie ok. 20 minut. Ale już w porcie przywita Was widok kolorowych kamieniczek, z których wyspa słynie. Byłam przekonana, że to jedna uliczka – wizytówka Burano. Zaskoczenie było ogromne, kiedy okazało się, że na całej wyspie każdy budynek jest innego koloru i każda ulica tak wygląda. Bez względu na to, gdzie pójdziecie zobaczycie coś pięknego. Dodatkowo wyspa słynie z koronek (którym nie można robić zdjęć – informację znajdziecie na każdym stoisku, dlatego musiałam się nad tym nieźle nagimnastykować).

20170521_12295420170521_12474720170521_12525320170521_13005820170521_13073720170521_13152320170521_132714kolaż burano20170521_141820

Torcello. Wizyty na wyspie nie planowałam. Czytałam wcześniej, że jest dzika i piękna (podobnie jak Sardynia, ale w inny sposób), ale kiedy po przyjściu do portu na Burano trafiłam na odpływający właśnie tramwaj do Torcello bez zastanowienia do niego wsiadłam i po 5 minutach byłam tutaj. Spokój, raczej mało ludzi, dużo zieleni i wieża, na którą warto wyjść, żeby zobaczyć wyspę z góry oraz przepiękny widok na całą Lagunę. Cudo.

20170521_14305320170521_14384320170521_14535820170521_14575820170521_150027

To już ostatni wpis z Włoch. Teraz przez najbliższe miesiące już tylko Sardynia, z którą nie mam zamiaru się spieszyć, ale mimo wszystko postaram się w każdym tygodniu zobaczyć coś nowego. Wiem, że czekacie na te wpisy, bo wciąż dla wielu osób Sardynia to nieznana i egzotyczna wyspa. Postaram się Wam więc ją przybliżyć! Enjoy

Ostatni dzień w Piemoncie

20170522_16561720170522_170713

Biella żegna piękną pogodą – 30 stopni i bezchmurne niebo! Nareszcie! A ja właśnie spakowałam walizki (znowu miałam problem z pomieszczeniem wszystkich rzeczy), jutro wsiadam w pociąg, a potem z Genui promem prosto na… Sardynię! Nie mogę się doczekać, bo to właściwie podróż w nieznane i pewnie dlatego jest taka ekscytująca!

Od dzisiaj postanowiłam dodawać posty częściej – nie tylko relacje z podróży. Tym bardziej, że na razie mam zamiar odpocząć od ciągłych wyjazdów. Co sądzicie o takim blogowaniu?

A zdjęcia z jednego z najspokojniejszym miejsc, w jakim byłam. Prywatnego basenu w Piemoncie, niedaleko Bielli, gdzie spędziłam popołudnie zaraz po powrocie z Wenecji. Basen pod palmami z widokiem na Alpy to najlepsza rzecz, jaka mnie tu spotkała!

Czego uczy samotne podróżowanie?

Byłam jeszcze w Polsce, kiedy postanowiłam, że w pierwszy weekend we Włoszech wrócę do Turynu. Wzięłam do ręki przewodnik i nagle naszedł mnie irracjonalny strach – będę sama w obcym kraju, obcym mieście. Co jeśli się zgubię? Dzisiaj wiem, że była to najłatwiejsza z moich podróży, którą jednak odbyłam dopiero po ponad miesiącu tutaj.

Jak więc sprawić, żeby samotne podróżowanie było przyjemnością? Każdy może mieć swoje sposoby, ale ja zawsze jestem przygotowana – wiem, o której mam pociąg, zawsze mam przy sobie mapę i czytam wcześniej o miejscu, do którego jadę. Jestem zorganizowana i dzięki temu mogę czuć się swobodnie i cieszyć się pięknymi widokami.

20170520_130113

Skoro od jakiegoś czasu podróżuję samotnie, wydawało mi się, że wyjazd do Wenecji to nic takiego. A jednak okazało się, że wymaga to odwagi. Zwłaszcza, kiedy właśnie mam zamiar spędzić dwie noce w podróży i słyszę, że to nie jest dobry pomysł, bo w zeszłym tygodniu w metrze w Mediolanie zadźgano dziewczynę. A jest 23.20. I pierwszy raz korzystam z metra w obcym kraju.

Boję się. Gaz pieprzowy został w domu 1500 km stąd. Nie znam miasta ani stacji, na której mam wysiąść. Żeby potem spędzić 5 godzin w autobusie do kolejnego miasta. Nerwowe motyle w brzuchu nie dają mi zasnąć. Ale już w Mediolanie spotykam grupkę z Warszawy, która też szuka stacji metra i razem jedziemy do celu. Tam spotykam parę irańsko-hiszpańską, która jedzie ze mną aż do Wenecji. I Bogu dzięki!

Co bym zrobiła bez nich? Siedzimy razem na dworcu Milano Lampugnano – to jakiś koniec świata, gdzie oprócz nas siedzi może 5 osób. Autobus się spóźnia i nie mamy kogo zapytać, czy w ogóle przyjedzie. A dookoła biegają szczury. A potem okazuje się, że po prostu przegapiliśmy nasz autobus i następny będzie za 7 godzin. Siedzimy więc we 3 – między bezdomnymi i szczurami. I staram się nie zasnąć, bo boję się, że wtedy któryś szczur do mnie podejdzie. Brrrr…

W Wenecji jestem o 10 rano. Czuję się, jakbym nie spała miesiąc. Ale miasto jest tak piękne, jak myślałam. Więc było warto. I pewnie zrobię to jeszcze nie raz. Ale dopiero jak zapomnę, jak bardzo się bałam.

Pozwólmy ludziom być szczęśliwymi według ich własnego uznania

Kilka tygodni temu napisałam na swoim Instagramie: „Pozwólmy ludziom być szczęśliwymi według ich własnego uznania. Jeśli chcą wziąć ślub w wieku 22 lat – pozwól im. Jeśli nie chcą mieć dzieci – pozwól im. Jeśli chcą ich mieć 5 – pozwól im. Jeśli nie chcą robić kariery – pozwól im. Jeśli chcą zmarnować życie w pracy, której nie lubią – pozwól im. Jeśli nie chcą utrzymywać z tobą kontaktu – pozwól im. Jeśli chcą być z kimś, kto czyni ich nieszczęśliwymi – pozwól im. Jeśli chcą rzucić wszystko i wyjechać – pozwól im. A potem, kiedy już pozwolisz wszystkim robić to, co im się podoba, bez względu na to czy to dla nich dobre czy nie, zobaczysz jaki będziesz szczęśliwy. Jak ja!”

Bardzo dużo osób zareagowało na ten post. Mimo że często coś tam napiszę, to jednak te słowa miały największy odzew. Dlaczego? Bo to prawda? Bo uważają, że tak trzeba? Czy tak robią? Czy chcieliby robić?

Najtrudniejszą decyzją w Waszym życiu będzie decyzja, by żyć tak, jak wam się podoba. Tak było ze mną. Potrzebowałam dużo czasu, całych 25 lat, aby powiedzieć na głos: „Nie zrobię tego, bo nie chcę. Nie o tym marzę. Nie mam na to ochoty”. Wśród ludzi, którzy na wakacje jadą nad polski Bałtyk, a każdy wieczór spędzają przed telewizorem, wśród tych, którzy zmarnowali swoje życie w nieudanych małżeństwach, niesatysfakcjonujących pracach, wśród tych, którzy mówią, że powinnam mieć poważną pracę (uściślijmy – poważną: 9-17, pon-pt w biurze), męża, może już dziecko. Otoczona tymi wszystkimi ludźmi musiałam użyć całej mojej silnej woli. Tej, dzięki której wyjechałam na studia do innego miasta, dzięki której kilka dni przed rozpoczęciem roku akademickiego zrezygnowałam z uczelni, tej, dzięki której pół roku temu powiedziałam pracodawcy, że nie chcę tego kierowniczego stanowiska. To nie jest łatwe. Ludzie uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. Że wiedzą lepiej od Ciebie, co jest dla Ciebie dobre.

Ale o to tu chodzi. Musisz pokazać, że Ty wiesz to najlepiej. Ale jednocześnie musisz zrezygnować z mówienia im, że wiesz najlepiej, co jest dla nich dobre. Bo być może wiesz. Ale jeśli chcesz żyć po swojemu, musisz im pozwolić na to samo. Wtedy możesz ze spokojem powiedzieć: Ja nie wtrącam się w Wasze życie. Wy nie wtrącajcie się w moje. Złoty środek mojego spokoju ducha.

Wtedy możesz spakować walizki. Możesz wyjechać do innego kraju. Możesz postanowić, że następne Święta spędzisz sam. Możesz zrobić w końcu coś, na co akurat masz ochotę, a nie to, czego oczekuje rodzina. Możesz rzucić pracę, której nie lubisz. Możesz powiedzieć, że nie chcesz mieć męża. Ani dzieci. Możesz powiedzieć, że chcesz to jedno życie przeżyć po swojemu. Będzie pewnie dużo łez i dużo trudnych rozmów. Bo przecież właśnie zawiodłeś rodziców. I będziesz się bać.

25 stycznia

Jak to się stało, że moje marzenia jeszcze sprzed kilku lat i aktualna rzeczywistość tak bardzo od siebie odbiegają? Jakim, kurna, sposobem zamiast robić wywiady z Kamilem Stochem, recenzować „La la land” (nawiasem – końcówka filmu doprowadziła mnie do łez, really) i pisać felietony dla Zwierciadła, sprzedaję jeansy? Jak to się stało, że zamiast mieć małe, przytulne mieszkanie, po 6 latach, jak marnotrawna córka wróciłam do rodziców? Jak to możliwe, że dzisiaj, zamiast być absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego, wspominam dwa lata spędzone w śmierdzących salach wrocławskiego kulturoznawstwa, niewygodne krzesła i nudne, czterogodzinne wykłady o teorii kultury?

Gdzieś, nieopatrznie, musiałam zboczyć ze ścieżki, która była stworzona dla mnie. Bo miało być tak – Jagielloński, wspólne mieszkanie („W każdy piątek będziemy chodzić do kina”), dużo pisania, dużo filmów, za kilka lat ładny ślub i małe przyjęcie, a potem dziecko, może dwójka. Wszystko poszło nie tak. A wszystko było zaplanowane.

I teraz myślę, jak to jest? Czy coś jest nam pisane czy sami jesteśmy kowalami własnego losu? Jedno wiem na pewno – nigdy, nie mówcie: „Spotkajmy się za 10 lat”, bo choćby to był żart, choćbyście wiedzieli, że pewnie nie będzie tego za 10 lat, to i tak będziecie czekać. Jeszcze 7 lat.

Samo życie. Boże, jak pragnę wiosny.