Którędy do Raju? Najlepiej przez Olbię

20170601_115410

Olbia – czwarte co do wielkości miasto Sardynii. Nie robi wielkiego wrażenia – o wiele większe zrobiło na mnie małe miasteczko, Santa Teresa. Olbia jest jednak ważnym miastem na wyspie – znajduje się w nim port, do którego płynąc najłatwiej dostać się na Szmaragdowe Wybrzeże oraz lotnisko (do którego jednak nie latają samoloty z Polski. Jedyne połączenie z Polską to lotnisko na drugim końcu wyspy, Cagliari).

W Olbii spędziłam pewne gorące przedpołudnie (podczas którego po raz kolejny spaliłam się na brązowo. Ciekawe, że tutaj nigdy nie opalam się na czerwono, jak to wygląda w Polsce). Mimo że to wciąż dopiero wiosna, dzisiaj w Palau nabawiłam się ogromnego bólu głowy spowodowanego najprawdopodobniej słońcem i wysoką temperaturą. Poza tym opaliłam się tak bardzo, że teraz każdy może zobaczyć, jakie miałam na sobie buty i jak długie były moje krótkie spodenki… A, że nieoczekiwanie dla mnie, do Polski wracam już za tydzień – dokładnie w pierwszy dzień lata – kiedy Wy wszyscy zaczniecie wakacje, ja jestem już po-wakacyjnie spalona. Chociaż nie – przecież czeka mnie lato na wsi!

20170601_11544820170601_11580720170601_12281920170601_12311020170601_12324720170601_13423920170601_140149

Arzachena – 5 minut do Szmaragdowego Wybrzeża

20170527_115055

Arzachena. Zatrzymałam się tutaj ponad dwa tygodnie temu (czas płynie tutaj dwa razy szybciej. Wystarczy mrugnąć i jest wieczór. Już minęły dwa tygodnie?). Otoczone olbrzymimi głazami i wzgórzami około 14-tysięczne miasto – małe, jak na standardy europejskie, stosunkowo duże jak na sardyńskie (największe miasto, Cagliari, ma nieco ponad 150 tys. mieszkańców czyli niewiele więcej od Opola, które zawsze uważałam za małe miasteczko). Nie ukrywam – gdybym przyjechała tutaj na wakacje, zobaczyć Sardynię, raczej nie zatrzymałabym się w Arzachenie.

Jedyne, według mnie, interesujące miejsce to wzgórze, na którym znajduje się kościół Santa Lucia. Wchodzimy tam po 76 schodach i możemy podziwiać widok na miasto i okolicę. Ale, prawdę mówiąc, taki sam widok mam z mojego balkonu na trzecim piętrze. Do morza jedziemy ok. 15 minut, a jeśli chcemy zobaczyć piękne Szmaragdowe Wybrzeże – Santa Teresa, Palau czy Porto Cervo – potrzebujemy ok. 40 minut. Mam nadzieję, że jeśli Sardynia jest dla Was tak, jak dla mnie, zagadką i nieznanym miejscem, to poznacie ją razem ze mną. I mam nadzieję, że razem ze mną się w niej zakochacie!

20170527_11381320170527_11514020170528_10484420170528_10521220170528_10564820170528_10541120170528_11151520170528_11241820170528_11014420170606_200051

Sardynia – klejnot pomiędzy morzem a niebem

Kiedy przed przyjazdem tutaj przeczytałam, że na Sardynii nie ma autostrad, radarów, korków, nie słyszy się krzyków nerwowych kierowców i klaksonów nie mogłam w to uwierzyć. Przewodnik twierdził, że „Sardyńczycy są często tak zrelaksowani, że zapominają o kierunkowskazach, często też mają zwyczaj zatrzymywania się na środku drogi, by uciąć sobie pogawędkę z jadącym z naprzeciwka znajomym”. Jak to możliwe? A potem przyjechałam tutaj. I okazało się, że to możliwe. Luz, dużo żartów i śmiechu. Dużo słońca, dzikich dróg z ogromnymi kaktusami na poboczach jak prosto z filmu i opuszczonych miejsc.

20170527_113626

O ile jadąc do Piemontu dwa miesiące temu byłam przygotowana, nawet byłam wcześniej w mieście, w którym miałam mieszkać, o tyle teraz jechałam w ciemno. Sardynia. Właściwie nic o niej nie wiedziałam. Jedyne miasto, które znałam wcześniej, Cagliari, było 300 km ode mnie. Nie znałam dialektu sardyńskiego. Nie wiedziałam, jaka jest kuchnia sardyńska. Jak działa tutejsza komunikacja (o ile na kontynencie wszędzie dojechałam pociągiem, o tyle tutaj mogę o tym zapomnieć). Zostawiłam za sobą Biellę, do której zawsze będę wracać jak do Opola i Krakowa. Teraz tylko Sardynia – krystalicznie czyste morze (na które patrzyłam dzisiaj 6 godzin, nie mogłam przestać), piękne plaże, bogactwo natury i spokój. Nie będzie tutaj zabytków Rzymu ani weneckich widoków. I tego mi teraz potrzeba.

Sardynia. Wyspa, na której słońce świeci średnio 300 dni w roku, a temperatury sięgają 40 stopni. Znajduje się 180 km od Afryki i 12 km od francuskiej Korsyki. Na wyspie występuje o 2 tysiące gatunków roślin i zwierząt, które nie występuję nigdzie indziej!

Jestem. Dotarłam. Ostatnie dwa miesiące sprawiły, że chwilowo mam dość podróżowania. Za dużo godzin w pociągach, za dużo nieprzespanych nocy, niezjedzonych obiadów, przemoczonych butów. Muszę odpocząć. Sardynia jest na to odpowiednim miejscem. Kilka miesięcy temu przeczytałam zdanie: „Nawet jeśli świat pędzi w zawrotnym tempie, to mamy prawo poruszać się w swoim własnym”. W związku z tym nie wiem, jak często teraz będą pojawiać się wpisy. Nie wiem, ile będę mieć na to czasu. Wolę go spędzać na plaży albo po prostu poznając ten inny, obcy dla mnie świat. Wszystko jest takie dzikie, takie inne – niepodobne do znanych mi Włoch. To na pewno jeszcze Włochy? Mam wrażenie, że to nie tylko inny kraj, ale nawet inny kontynent. Więc musicie mi wybaczyć, jeśli długo mnie tu nie będzie. A może już jutro coś napiszę? A tymczasem cały dzień w głowie „Oh, baby, baby, it’s a wild world…”

A przy okazji Sardynia to mój nr 3 z mojej listy 10 włoskich marzeń!

20170527_145923

Ostatni dzień w Piemoncie

20170522_16561720170522_170713

Biella żegna piękną pogodą – 30 stopni i bezchmurne niebo! Nareszcie! A ja właśnie spakowałam walizki (znowu miałam problem z pomieszczeniem wszystkich rzeczy), jutro wsiadam w pociąg, a potem z Genui promem prosto na… Sardynię! Nie mogę się doczekać, bo to właściwie podróż w nieznane i pewnie dlatego jest taka ekscytująca!

Od dzisiaj postanowiłam dodawać posty częściej – nie tylko relacje z podróży. Tym bardziej, że na razie mam zamiar odpocząć od ciągłych wyjazdów. Co sądzicie o takim blogowaniu?

A zdjęcia z jednego z najspokojniejszym miejsc, w jakim byłam. Prywatnego basenu w Piemoncie, niedaleko Bielli, gdzie spędziłam popołudnie zaraz po powrocie z Wenecji. Basen pod palmami z widokiem na Alpy to najlepsza rzecz, jaka mnie tu spotkała!

Miłość od pierwszego wejrzenia

Mieliście tak kiedyś, że patrzycie i wiecie. Jedno spojrzenie. I wiecie, że to miłość. Poczułam to od razu. Kiedy 5 miesięcy temu przyjechałam tutaj pierwszy raz. To było w Turynie. Spojrzałam i przepadłam.

I teraz jestem tu znowu. Nie, nie spotkałam mężczyzny moich marzeń. Ani nawet kobiety. To nie o tym chciałam napisać. Zakochałam się w tym pięknym kraju. Ten widok sprawił, że wiedziałam, że tu wrócę. Nie myślałam tylko, że tu zamieszkam.

DSC_0148

Co z tego, że mafia? Że korupcja? Że bezrobocie? Że nie rozumiem większości słów dookoła? Że kierowcy jeżdżą jak szaleni? A poczta działa, jak chce? Że nie potrafię znaleźć właściwego autobusu i przegapiam stacje kolejowe? Co z tego, że po śniadaniu, na które składa się kawa i ciastko, jestem wciąż głodna? A po obiedzie o 20 przejedzona do granic możliwości?

Ale słońce. I góry. I morze. I spokój. I palmy dookoła. I nikt mnie nie zna. Nikt nie pyta, co tu robię. I nikogo nie dziwi, że wszędzie chodzę z aparatem i robię 100 zdjęć dziennie. Nikt nie mówi, że znowu ten makaron i pizza. I wszyscy mówią, że mam piękne oczy. Bo tu nikt takich nie ma, a w Polsce nie były niczym niezwykłym. I te zachody słońca w Alpach. I te nad Morzem Środziemnym.

I teraz budzę się rano. Nie w hotelu. Ale też nie w swoim domu. Ale w swoim pokoju. Za oknem zza Alp powoli wschodzi słońce. Umarłam. I chyba jestem w raju. Żałuję tylko jednego. Że nie przyjechałam tu wcześniej.

14 lutego, Walentynki

Dzień za dniem ciągnie się jak flaki z olejem. Codziennie rano na termometrze -10 stopni, chmury, mgła czy, popularny ostatnio w Krakowie, smog. Nie ma słońca, śnieg nie chce stopnieć, wiosna nie chce przyjść. Nawet narcyzy na kuchennym stole nie pomagają.

Każdy kolejny dzień jest podobny do poprzedniego. Różni je tylko ilość wypitej kawy. Nigdzie nie podróżuję, w zawieszeniu czekam na lepszą pogodę. Marzec – miesiąc wakacji przed wyjazdem, będzie miesiącem rozjazdów i spotkań. Liczę tylko na słońce i dużo dobrych zdjęć.

Dzisiaj, popijając kawę, wróciłam do ukochanego tomiku wierszy Jerzego Andrzeja Masłowskiego „Słońca” i jak zawsze znalazłam w nim słowa, które akurat idealnie oddają to, o czym myślę: „nie chcę, tak jak ty, popijać kawę i spokojnie dzień po dniu umierać”. I pomyśleć, że gdybym tu została tak właśnie wyglądałoby moje życie.

Do wiosny 36 dni.

imgp3493

22 stycznia

Praca sprawiła, że drugi człowiek to już dla mnie tylko udręka i nerwy. Zaczynam odliczać dni do końca. Bo ten ostateczny koniec będzie końcem zarówno pracy, jak i zimy i Polski trochę.  Wszędzie chaos i bałagan – w głowie, w pokoju, w torebce. Czegoś mi trzeba. Jakiegoś grzmotu albo człowieka.

Próbowałam dzisiaj zmienić nastawienie. Założyłam elegancki żakiet, wzięłam w rękę butelkę czerwonego wina i pojechałam do babci. Dowiedziałam się, że nic nie wiem o życiu, bo nie mam męża, własnej firmy, a kuzyna-degenerata wystawiłabym za drzwi zamiast gotować mu obiad. I cały misterny plan… i tak dalej.

Użaliłam się nad sobą. Od pierwszego słowa tutaj płakłam nad swoją niedolą wiele razy, ale koniec. A jeśli jeszcze raz to zrobię – niech mnie ktoś kopnie w mój wielki tyłek. A tak – nikt tego nie czyta. Więc kopnę się sama. Obiecuję.